W tym temacie
 
Dyskusja
W XIX i XX wieku nastąpił wielki, jakościowy postęp w metodologii nauk. W postaci kanonów Milla opisano spekulatywne zasady tworzenia pojęć i prawd, zaś dorobek neopozytywistów określił uwarunkowania oraz zasady względności i trwałości teorii naukowej. Nauki empiryczne, do których należy biologia, umieją dziś weryfikować wartość obserwacji. Dokonują tego przez ocenę prawdopodobieństwa istnienia prawa ogólnego w kontekście wyników pojedynczych doświadczeń.
Narzędziami tej weryfikacji są, statystyka i badania na tle odniesienia, czyli tak zwanych grup kontrolnych. Zasadniczym zadaniem statystyki jest zatem stwierdzenie poziomu istotności wyniku badania naukowego. W naukach biologicznych prawdopodobieństwo 95% jest ogólnie przyjętym standardem minimum, a przecież często osiąga ono wyższy poziom. Oznacza, to, że jeśli badanie wskazuje na znaczny rozrzut cechy, to nie można na jego podstawie przypisywać całej populacji właściwości poszukiwanej w doświadczeniu.
W medycynie rolę bezcennego układu odniesienia stanowią testy z zastosowaniem „placebo” w modelach prób pojedynczo lub podwójnie ślepych. Pozwalają one wyeliminować przypadek, systematyczny błąd pomiaru lub wpływ badacza na przebieg doświadczenia.
Szczególnie niebezpieczny dla nauki wydaje się subiektywny element twórczości, zwłaszcza gdy opiera się na wysokim autorytecie badacza. W ostatnim dziesięcioleciu, byliśmy świadkami takich absurdalnych odkryć i kompromitacji uczonych , uznanych uprzednio za wybitnych.
Wystarczy przypomnieć, że ironiczna nagroda - ANTY- NOBEL przyznana została uczonym umiejącym przeprowadzić reakcję termojądrową w wannie kąpielowej oraz niestety, także wielkiemu immunologowi, który „dowiódł” cudownych właściwości wody zawierającej uprzednio przeciwciała anty - IgE. Reakcja świata nauki na te rewelacje dowodzi skuteczności sita weryfikującego pojedyncze doświadczenie. Wynik niepowtarzalny budzi zawsze podejrzenia nawet jeśli został podany przez światowy autorytet medyczny.
Znacznie trudniej radzi sobie nauka z praktyczna działalnością rzekomonaukową.
Wkraczamy tu bowiem na teren opanowany przez nieracjonalne doznania, uwarunkowane ludzkimi tęsknotami, a nie rzetelnym myśleniem. W końcu XX wieku , gdy upadają tradycyjne wartości moralne i idee, gdy kruszą się autorytety i wzorce osobowe, obserwujemy ucieczkę człowieka do świata iluzji podbudowanej nie tyle doświadczeniem, ile emocjami.
Na emocjach właśnie najłatwiej robi się interes, zwłaszcza w dziedzinie, za która człowiek chory i jego najbliżsi gotowi są sprzedać przysłowiowa ostatnią koszulę.
Nie wszystkich wykorzystujących te, rzekomo naukowe zjawiska należy podejrzewać o tak przyziemne intencje.
Niektórzy badacze zafascynowani własnym lub cudzym „odkryciem naukowym” wierzą w swoje posłannictwo i bezinteresownie promieniują groźną społecznie paranoją nowinkarstwa.
Wystarczy przypomnieć pewnego polskiego lekarza, który kilka lat temu leczył miażdżycę dietą wysokotłuszczową. Wkraczamy tu w świat osobowości uczonego. Jeśli nie ma on dostatecznej skromności, umiejętności godzenia się z porażką, a nawet własnym błędem, może się stać wręcz społecznym zagrożeniem. Aby nie wpaść w sidła takiego „chciejstwa”, uczeni stworzyli wspomniane wcześniej bariery metodologiczne dla badań naukowych.
Nie wystarcza zatem głębokie przekonanie uczonego, jeśli wynik doświadczenia nie da się uogólnić przez zależności statystyczne, jest niepowtarzalny lub znaczący zaledwie na poziomie właściwym placebo. Jednak hipotezy, które przeszły weryfikację, wchodzą do trwałego dorobku nauki, a następnie praktyki medycznej.
Koniec XX wieku to także okres bezradności prawodawstwa wobec takich zjawisk. Zakaz administracyjny uprawiania niekonwencjonalnych działań stoi w sprzeczności z zasadą demokracji, wolności człowieka i swobodnego wyboru postępowania.
Izby lekarskie, lub ich odpowiedniki w wielu krajach, nie mają możliwości wpływania bezpośredniego na to zjawisko. Środowiskom lekarskim pozostaje zatem publiczne głoszenie prawdy o nieweryfikowalnych , czyli tak zwanych alternatywnych metodach leczniczych i diagnostycznych. Jest to nie tylko przywilej, ile obowiązek tych środowisk, a zwłaszcza gremiów cieszących się znaczącym autorytetem w danej dziedzinie. W wielu krajach alergolodzy podjęli już takie wezwanie. W Stanach Zjednoczonych znalazło to początkowo odbicie w podręcznikach zalecanych do edukacji studentów i specjalistów w alergologii (Allergy- Principles and Practice 1993 str. 1767 - 1793 Mosby), a ostatnio także w jednoznacznym stanowisku American Academy of Allergy, Asthma and Immunology (J. Allergy Ciln. Immunol. 1994, 93, 6, str. 955 -966)
Wychodząc z takich przesłanek i świadomości społecznych zagrożeń wynikających z niekonwencjonalnej działalności medycznej, V Zjazd Polskiego Towarzystwa Alergologicznego zobowiązał Zarząd Główny do ogłoszenia stanowiska w tej sprawie.
Zarząd stanął przed wyborem jednej z dwóch dróg:
-akceptacji poglądów odpowiednich instytucji innych krajów lub
powołania zespołu ekspertów, którzy opierając się na wiedzy i w pełni dobrej woli, przygotują projekt stanowiska Zarządu Głównego.
Uczciwość, poczucie odpowiedzialności, a także delikatność materii wymagały powołania Komisji ds. weryfikacji niekonwencjonalnych metod diagnostycznych i leczniczych.
Proces przygotowania ekspertyz trwał prawie półtora roku. Wynikało to zadań, których wykonywanie nie mogło ograniczyć się do syntezy wiedzy z dostępnych źródeł. Komisja prowadziła zatem korespondencję z wybitnymi autorytetami w zakresie diagnostyki leczenia alergii, głownie ze Stanów Zjednoczonych i Niemiec, a także Francji, Skandynawii i RPA. Wybór tematów do oceny dokonany został nieco arbitralnie, przez odczucie społecznych rozmiarów analizowanych zjawisk.
Działalność Komisji została przez Zarząd Główny PTA oceniona bardzo wysoko.